Lek

Lek

sobota, 3 grudnia 2016

Lek. Rozdział 1




  

         Grupa elegancko ubranych kobiet i mężczyzn przemieszczała się szerokim, jasno oświetlonym korytarzem, zaglądając do położonych po obu stronach pracowni i gabinetów. Szmer cichych rozmów nakładał się na dyskretną, płynącą z ukrytych gdzieś w suficie głośników muzykę.
- Adelajdo, czy zechcesz pokazać naszym gościom swój najnowszy nabytek? – Przystojny, lekko szpakowaty mężczyzna, idący na czele, zwrócił się do smukłej blondynki w nienagannie skrojonym błękitnym fartuchu. Gdyby nie wyhaftowany na niewielkiej kieszonce emblemat, można by sądzić, że jest to raczej sukienka.
            Odwróciła się i na moment ufiksowała wzrok w jego twarzy. Nie cierpiała, gdy tak ją nazywał, ale nie okazała tego nawet najmniejszym grymasem. Jej zjawiskowo piękna twarz o regularnych, delikatnych rysach mogła zmylić każdego, kto chciałby odgadnąć jej wiek.
- Oczywiście. – Uśmiechnęła się czarująco i wskazała przeszklone drzwi do pracowni w końcu korytarza. – To chromatograf najnowszej generacji. – „Cokolwiek wam to mówi” - dodała w duchu. – Umożliwia badanie śladowych ilości substancji. Udało nam się pozyskać fundusze europejskie na jego zakup.
            Rozległy się aprobujące szepty.
- Pani profesor mówi o tym urządzeniu, jak o dziecku. – Starsza, mocno upudrowana kobieta o siwych, misternie ułożonych włosach wbiła w Adelajdę uważne spojrzenie szarych oczu.
- Nie mieliśmy z mężem tego szczęścia i nie zostaliśmy rodzicami – odparła z udawanym smutkiem. – Dlatego staramy się cieszyć każdym nowym nabytkiem, który pozwala nam pomagać innym rodzicom i ich dzieciom.
            Kobieta wyraźnie się zmieszała. Pozostali wydawali się poruszeni tą wymianą zdań.
- Proszę sobie tego nie brać do serca. – Adelajda znów przywołała na usta pogodny uśmiech. – Przy naszych możliwościach brak dziecka budzi zdziwienie. To naturalne - Otworzyła drzwi do pracowni. Siedzący przy długim laboratoryjnym stole pracownik zerwał się na widok wchodzących. - Pawle, czy będziesz tak dobry i pokażesz państwu nasz chromatograf? – spytała uprzejmie, jakby mógł jej odmówić. - Proszę mi wybaczyć, ale obowiązki wzywają.
            Kiedy wszyscy oglądali z zaciekawieniem urządzenie, podeszła do męża.
- Doskonale wybrnęłaś – pochwalił ją.
- Zostawiam was. – Zignorowała jego słowa. – Mam wykład. – Spojrzała znacząco za zegarek. – Bogdan, postaraj się wrócić zanim zasnę – poprosiła łagodniejszym tonem. 
- Spróbuję. – Musnął jej policzek i ruszył do swoich gości.
            „Profesor Ada Brzezińska-Tyc. Kierownik Zakładu Farmakodynamiki”. Dopiero wychodząc, zauważyła nową tabliczkę. Jej pracownicy musieli ją umieścić, kiedy oprowadzała gości. Trochę się pospieszyli, pomyślała, ale napis sprawił jej przyjemność. Od dwóch lat pełniła obowiązki kierownika, ale dopiero teraz mogła to robić oficjalnie. Wygładziła strój na biodrach. Ciekawe, kim są ci ludzie? Wróciła myślami do Bogdana. Nadskakiwał im, aż mdliło. Skrzywiła się. Jeden z mężczyzn, wysoli i chudy mówił z akcentem przywodzącym na myśl Szwajcarię. Kobieta o latynoskim wyglądzie mogła być Hiszpanką albo Meksykanką, ale równie dobrze Amerykanką. Chociaż, sepleniła lekko, jak Hiszpanie z Andaluzji. Druga z kobiet przywodziła na myśl Angielkę i mówiła z nienagannym akcentem. Za to pozostali dwaj mężczyźni wyglądali na Niemców, a ponieważ nie odezwali się ani słowem, poza powitaniami, nie potrafiła odgadnąć ich narodowości. Dopiero teraz uzmysłowiła sobie, że Bogdan przedstawił ich jako grupę naukowców, o bliżej nieokreślonej specjalności. Oglądali wszystko uważnie, ale szybko zorientowała się, że mieli raczej mętne pojęcie o jej pracy. Musiała poczekać do wieczora, by się dowiedzieć więcej. Jakie zresztą znaczenie miała ich profesja? Bogdan ciągle się z kimś spotykał i od czasu do czasu chwalił się żoną i jej osiągnięciami na polu farmakologii. Gdyby chciała się interesować wszystkimi jego gośćmi! Skupiła się na wykładzie, który miała wygłosić.  
  
***
            Profesor Mirosław Kos siedział za swoim ulubionym starym biurkiem ze wzrokiem utkwionym gdzieś za oknem. Wiosna przechodziła już prawie w lato. Która to już, odkąd objął stanowisko dyrektora instytutu? Szósta? Siódma? Siódma… Westchnął głęboko. Kto by pomyślał? On, polski emigrant, w ciągu trzydziestu lat zrównał swoje szanse z rodowitymi Amerykanami. Stanął w szranki i wygrał.
- Kto by pomyślał? – Powiedział do siebie i potarł pulchny podbródek. Przytył ostatnio.
Wstał i podszedł do okna. Pracownicy instytutu wyszli właśnie na lunch. Słoneczne dni pozwalały im oderwać się od biurek i pracowni, i zaczerpnąć świeżego powietrza. Niektórzy przynieśli nawet koce i lunch-boxy na ogromny trawnik, rozciągający się na tyłach budynku. Posłał im tęskne spojrzenie. W innych warunkach pewnie poszedłby w ich ślady, ale nie tym razem. Lista naukowców, których mógł nakłonić do współpracy, nie narażając się na podejrzenia, obejmowała już tylko kilka nazwisk. Przejrzał ją kilka razy i po wnikliwej analizie, wykreślił wszystkich Amerykanów i większość Niemców. Zostali Polacy, Czesi i Francuz. Z fizjologami nie było problemu, ale farmakologów zostało mu dwoje. Czech, jako mężczyzna miał przewagę, tyle, że niechętnie podróżował, co wynikało z jego licznych alergii. Polka, Ada Brzezińska-Tyc, jako kobieta sprawiłaby dodatkowe problemy, ale za to dużo podróżowała, więc kolejny jej wyjazd nie byłby niczym niezwykłym. Mógłby wtedy wybrać fizjologa z Polski, włączyć do grupy Magdę, która miała podwójne obywatelstwo… 
            Oczami wyobraźni Kos ujrzał grupę przyjaciół na wakacjach w Egipcie. Nic podejrzanego, bo Polacy, w odróżnieniu od turystów z zachodniej Europy, nadal tam jeździli. Zatarł ręce i spojrzał na ścienny zegar. W Warszawie zapadał zmierzch. Miał jeszcze sporo czasu.
- Emma! – krzyknął w kierunku drzwi i poczekał, aż sekretarka je otworzy. – Zamów dwie kanapki i sok. Zjemy na zewnątrz.
- Właśnie miałam połączyć rozmowę. – Pokaźnych rozmiarów Afroamerykanka wyszczerzyła w uśmiechu zęby. – Dzwoni Max.
- To łącz! Dobre czy złe wieści? – Kos cofnął się do biurka.
            Emma rozłożyła ręce.
- Profesor Kos? – Głos Maxa zniekształcał dziwny pogłos. – Przepraszam za jakość połączenia, ale zależało panu na czasie.
- W porządku. Jaka decyzja? – Kos wstrzymał oddech. Naprawdę nie potrzebował dalszych komplikacji.
- Zanim odpowiem, chcę wiedzieć, jak bardzo ta wyprawa jest nielegalna.
- Skąd ci to przyszło do głowy? – Pytanie zadane w taki sposób kompletnie profesora zaskoczyło.
- Świadczy o tym wysokość honorarium – usłyszał.
Kosowi przemknęło przez myśl, że Max się roześmiał. Zastanowił się, co ma odpowiedzieć.
- Nie jest nielegalna, ale masz rację, to ma tylko wyglądać na wypoczynek – zaczął ostrożnie. – Na pewno nie trafisz za to do więzienia – zapewnił.
- Po prostu chcę wiedzieć. – Głos Maxa zabrzmiał poważnie.
- Poznasz szczegóły na spotkaniu. Nie będziemy niczego omawiać przez telefon, ale jeśli stawka ci odpowiada… - Kos zawiesił głos i czekał.
- Podaj termin i miejsce. Powiedzmy, że wstępnie się zgadzam.
- Wspaniale. Warszawa, za jakieś dwa tygodnie, ale dokładny czas i adres podam ci mailowo.
- Poznam wtedy uczestników?
- Tak.  

***
Ada podeszła do rozsuniętych drzwi garderoby i utkwiła wzrok w bladoróżowym kimonie, które miała zamiar nałożyć tego wieczoru. Przywiozła je z ostatniej wyprawy do Japonii. Zjazd był banalny, ale lokalizacja już nie, więc poleciała. Bogdan, jak zawsze, zaakceptował jej decyzję bez zastrzeżeń. Podeszła do łóżka i odchyliła róg lekkiej jak piórko kołdry. Na jej wykonanie chińskie prządki zużyły kilkaset podwójnych kokonów jedwabników. Oglądając, jak rozciągają je na cieniuśką pajęczynę i układają warstwa po warstwie, postanowiła zafundować sobie takie cudo. Przewodniczka mówiła prawdę, latem taka kołdra chłodziła, a zimą grzała. To był udany zjazd, pomyślała, i naukowo, i krajoznawczo. Jeszcze raz rzuciła okiem na kimono. Bogdan lubił, kiedy okrywała się jedwabiem i satyną. Szczególnie interesowało go miejsce, gdzie talia przechodziła łagodnymi łukami w biodra i pośladki. Odruchowo przegięła się w tył. Miała nadzieję, że tego wieczoru wygra z jego zmęczeniem. Już miała przejść do łazienki, kiedy dotarł do niej krótki ostry dźwięk telefonu  
- Nie spóźniaj się – poprosiła, myśląc o mężu i sięgnęła po smartfona – I znowu ty! – Zmarszczyła leciutko zadarty nosek.
            Otrzymała kolejny mail od profesora Kosa. Odmówiła już po pierwszym, lecz on nalegał. Sączył informacje oszczędnie, ale zręcznie podsycał jej zainteresowanie. Nie miała zamiaru dla niego pracować, a jednak otwierała kolejne wiadomości. Zawahała się, a jednak po chwili odłożyła telefon.
- Poczeka pan sobie tym razem – zapowiedziała swemu niewidzialnemu rozmówcy. Kąpiel już czekała. Nim jednak zdążyła zdjąć ubranie, dotarł do niej cichy klik zamka u wejściowych drzwi.
- Bogdan? – Wychyliła się zza framugi, zalotnie przekrzywiając głowę. Miała zamiar zaproponować, by do niej dołączył.
- Czy możesz tu przyjść? – Głos jej męża brzmiał szorstko i nie wróżył wspólnej kąpieli.
- Dobry wieczór. – Spróbowała zignorować jego niestosowne zachowanie. – O co chodzi?
- Wysłałaś opinię na temat insuliny? – Wyglądało na to, iż Bogdan zapomniał tego wieczoru o dobrych manierach. – Tak, czy nie?
- Wysłałam – odparła spokojnie – Czy mógłbyś…
- Czemu mi jej nie pokazałaś? – przerwał jej.
- Dlaczego miałabym to zrobić? – Ada straciła cierpliwość.
- Zdajesz sobie sprawę, co to znaczy dla firm, które ją produkują w penach?! – Bogdan mówił zdecydowanie za głośno.
- Mogą je przystosować do podajników aerozolu. – Ada rozłożyła ręce – Zresztą, co mnie to obchodzi? Pytanie było proste: „Czy insulina podana w sprayu będzie tak samo skuteczna?” Z punktu widzenia farmakodynamiki…
- Oprzytomniej! – Bogdan przyskoczył do niej, jakby miał zamiar uderzyć. - Mamy z nimi umowy! Od ich zysków zależy nasze finansowanie, a ty kopiesz w stołek, na którym wszyscy siedzimy!
            Ada otworzyła szeroko oczy. Czegoś takiego się nie spodziewała.
- Ja nie mam z nimi żadnej umowy. Jestem niezależnym ekspertem – wysyczała. Im bardziej Bogdan się wściekał, tym bardziej ona ściszała głos. – Doskonale wiesz, że właśnie dlatego moja opinia jest coś warta w świecie. Nie byłabym recenzentem dwóch renomowanych czasopism, gdybym pozwoliła wpływać na siebie…
- Czy ty, kurwa, nic nie rozumiesz?! – Bogdan poczerwieniał. – Rozejrzyj się! Zarobiłaś na to wszystko jako ekspert? Metr tego apartamentu kosztuje więcej niż dobra pensja w klasie średniej! Jeździsz samochodem za pół miliona. Myślisz, że skąd na to mamy?! – Wyszarpnął z teczki grubą szarą kopertę i rzucił ją do stóp żony. – Popraw to – wycedził przez zęby.
            W oczach Ady odbiło się zdumienie, które po chwili przeszło w gniew.
- Skąd to masz? – Z trudem panowała nad drżeniem głosu.
- Na szczęście twoja sekretarka ma więcej rozumu, niż ty – rzucił jej prosto w twarz.
- Niczego. Nie. Poprawię. – Własny głos wydał jej się obcy, bezbarwny. Marta? Dała mu opinię. Dlaczego? Na co liczyła?
- Ada… – W oczach Bogdana dojrzała wahanie. – Ochłoń i porozmawiamy.
- Nie będę o tym rozmawiać. – Spojrzała na kopertę. Dlaczego obraz się rozmazał? - Nie będę niczego poprawiać! – Podniosła głos. - Nie pozwolę sobą pomiatać! – Kopnęła pakunek i odwróciła się na pięcie. Zamrugała by pozbyć się łez.
- Ada! – Nim zdążyła umknąć do łazienki, Bogdan pochwycił ramię żony. – Przepraszam. – Spróbował odwrócić ją i przyciągnąć do siebie. – Przepraszam cię.
- Nie mów do mnie. – Oparła dłonie o pierś męża i usztywniła łokcie. – I nie dotykaj!
- Przeprosiłem. – Nie ustępował mimo napotkanego oporu. – Oboje musimy ochłonąć. Miałem ciężki dzień. Ci goście, których do ciebie przywiozłem, są ważni. Naprawdę mi na nich zależy…  - ciągnął, siląc się na łagodny ton. – Ci z góry dopytują się o szczegóły ustawy. – Przymknął na moment powieki, jakby walczył ze zmęczeniem. – I na koniec to. – Spojrzał jej w oczy. – Myślałem, że przynajmniej z twojej strony mam spokój. Że ty mnie nie zdradzisz!
- Zdradzić cię? Ja? – krzyknęła. – To ty mnie zdradziłeś! I to z kim? Z moją własną sekretarką! Teraz rozumiem, dlaczego zamiast wysłać list, poleciała z nim do ciebie! – Wyrwała się z objęć męża i odskoczyła, jakby się bała zarazy.
- Ada, o czym ty mówisz? Myślisz, że to romans? – Zrezygnowany, opuścił ramiona. - Z Martą?! Oddała mi to, bo tak jej kazałem.
- Odkąd to ty rozkazujesz mojej sekretarce?! – Ledwie panowała nad emocjami.
- Od czasu, kiedy załatwiłem jej pracę – odparł szybko. - Widzisz? Nie ukrywam tego, chociaż mógłbym. A wiesz dlaczego? Bo jestem wobec ciebie lojalny.
- Szpiegujesz mnie przy pomocy mojej sekretarki? – Nagle ujrzała swego męża w zupełnie innym świetle. – Ja chyba śnię?! – Zakryła oczy dłońmi i odchyliła głowę.
-  Nie szpieguję, tylko nad tobą czuwam – powiedział już prawie spokojnie. – Świat nie jest taki, jak ci się wydaje. Czy ty myślisz, że ta opinia coś zmieni? Nie pochwalą się nią publicznie, ale my zyskamy wroga.
            Ada stanęła niezdecydowana. Wciąż walczyła z emocjami, jakie w niej wyzwolił swoim wybuchem, ale powoli docierała do niej myśl, że może miał trochę racji. Oboje przecież korzystali z pieniędzy, jakie przynosiła ich firma. Nie mogła zaprzeczyć. Jednak, ani zmęczenie, ani stres nie tłumaczyły takiego zachowania. Tego nie mogła zignorować.
- To, co powiedziałeś – zaczęła. – I sposób, w jaki to zrobiłeś... – Pokręciła głową i umilkła, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów.
- Masz rację. – Spuścił głowę. – Wybacz.
- Nie zmienię swojej opinii – stwierdziła z naciskiem. – Nie wiem, co z tym zrobisz, ale nie mogę inaczej. Musisz to zrozumieć. Nie sprzedam się. Nie ma takich pieniędzy! – Zacisnęła dłonie w pięści. - Tylko dzięki takiej postawie się liczę.
- Kochanie, masz pozycję, bo zadbałem o finansowanie twoich badań. Nie przeczę, że ciężko pracowałaś – dodał szybko, widząc, że Ada ma zamiar mu przerwać - Ale inni też pracowali i też mieli świetne pomysły… – Wyciągnął do niej ręce.
- Chcesz powiedzieć, że wszystko zawdzięczam tobie? – Tego już było za wiele!
- Nie! Absolutnie nie! Tyle, że usunąłem ci spod nóg przeszkody, których sama byś nie pokonała. – Spojrzał na nią z wyrzutem – Mogłabyś to czasem zauważyć.
- Jestem zmęczona. – Nagle poczuła się upokorzona i bezsilna. – Mam gotową kąpiel.
- Przyjdę do ciebie. – Bogdan zrobił mały krok w jej stronę.
- Nie! – Odwróciła się szybko – Chcę być sama.
            Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zamknęła drzwi łazienki na klucz. Stanęła przed lustrem i wpatrzyła się w swoje zamglone odbicie. Myśli kłębiły jej się pod czaszką. Co to miało być? Jak on mógł? Marta! Jutro wyrzucę tę… zdzirę, pomyślała, zaciskając zęby. Nigdy nie przeklinała, ale tym razem poczuła jakąś nieodpartą potrzebę.
- Kurde – powiedziała cicho. Za słabo. - Kurwa. -  Lepiej – Kurwa mać! - Nabrała powietrza do płuc, po czym walnęła pięściami w kamienny blat. – Kurwa jego mać!
- Ada? Wszystko w porządku? – Zza drzwi dobiegł ją pełen niepokoju głos Bogdana. – Ty przeklinasz?
- Zostaw mnie w spokoju – rzuciła. - Nic nie jest w porządku – dodała ciszej.
            Pozwoliła Bogdanowi zawładnąć swoim życiem, a on niepostrzeżenie oplótł ją, niczym pająk. Podrzucał smakowite kąski, żeby zawsze była syta i zadowolona, i aby nie zwracała uwagi na sieć. Przyzwyczaiła się, że to on decydował. Pytała go o zdanie prawie w każdej dziedzinie. Oprócz tej jednej. Praca i zakład były jej. Tylko jej! A teraz okazało się, że wtargnął nawet tam. Z drugiej strony…
            Zrzuciła szlafrok i bieliznę, i wśliznęła się do wanny. Pachnąca piana otuliła ją z sykiem, ale Ada nie odczuła przyjemności. Woda była za ciepła, a piana wydała jej się lepka. Zgarnęła ją z obrzydzeniem. Jak prawdziwa pajęczyna, pomyślała z niechęcią. Zamiast rozłożyć się wygodnie, sięgnęła po rękawicę z szorstkiej frotte i zaczęła energicznie masować ciało.
- To jakaś paranoja. – Mruczała do siebie. – Jak mógł? I Marta! – Takiego upokorzenia nie mogła darować. Bogdanowi też nie miała zamiaru odpuścić. Potraktował ją jak swoją własność! Krzyknął na nią.
            Napuściła na rękę żelu do mycia twarzy. Zignorowała szczypanie oczu.
- Ciekawe, co byś powiedział, gdybym przestała cię pytać o zdanie? – Wydęła usta.
            Prychając, zmywała twarz i obmyślała jednocześnie, jak dopiec mężowi, nie robiąc sobie przy tym zbytniego kłopotu. Mogłaby na przykład zaakceptować propozycję Kosa. Dobrze płacił, był gotów dopasować terminy do jej kalendarza i, co nie umknęło jej uwadze, na każdym kroku podkreślał, jak bardzo Adę ceni. Bogdan byłby wściekły. Spłukała oczy czystą wodą. Powoli oswajała się z myślą o kolejnej podróży.
***
- Magda! – niewysoki, ale ładnie zbudowany blondyn szedł raźnym krokiem w kierunku ciemnowłosej, nieco pulchnej dziewczyny w białym fartuchu – Magda, zaczekaj, zjemy razem.
            Dziewczyna obejrzała się przez ramię, ale nie zwolniła kroku. Wybrawszy miejsce pod niedużym platanem, zrzuciła ze stóp klapki na podeszwie z gumowej pianki i usadowiła się na nich, wyciągając przed siebie nogi.
- Ian, nic jeszcze nie wiem – rzuciła do nadchodzącego chłopaka. – A nawet, gdybym wiedziała… - Urwała wpół zdania i przewróciła oczami.
- Daj spokój. – Nazwany Ianem chłopak wyszczerzył żeby w uśmiechu – To raczej pewne, że ja pojadę.
- Jeśli w grupie będzie kobieta, to jednak ja. – Magda zerwała sreberko z podwójnego opakowania jogurtu i przesypała suchą zawartość jednej przegródki do drugiej, pełnej białej ciapy.
- Znowu jesteś na diecie? – Ian obdarzył dziewczynę pobłażliwym spojrzeniem. – Przecież wiesz, że podobasz mi się taka, jak teraz. – Usiadł na trawie tuż obok.
- Nie jestem zainteresowana. – Prychnęła, lekko się czerwieniąc. – Niepotrzebnie się przymilasz.
- Chcę ci osłodzić gorycz zawodu. – Ian wyjął z lunch-boxu kanapkę z kurczakiem i sosem majonezowym. – Chcesz gryza?
- Nie! – Magda szybko pokręciła głową. Jego pewność siebie wprawiała ją w konsternację.
- Szkoda, bo jest wyborna. – Chłopak zatopił zęby w chlebie tostowym, starając się nie dopuścić do wypłynięcia sosu. – Mmmm. 
            Powoli odwróciła głowę w stronę Iana. Pod wpływem bystrego spojrzeniem jej ciemnych oczu, kęs uwiązł mu w gardle. Chrząknął raz i drugi. Magda klepnęła go w plecy.
- Sorry, takie jest życie – wydukał, przełykając z trudem.
            Dziewczyna sięgnęła nagle do kieszeni i spojrzała na wyświetlacz swojej komórki.
- Przepraszam, muszę odebrać. – Wstała, odstawiając na bok niezbyt apetyczna mieszaninę jogurtu i rozmiękłych płatków. – Tak, słucham? – Ściszyła głos, oddalając się równocześnie od swojego towarzysza.
- Bądź gotowa. Zostaniesz włączona do grupy badawczej. – Usłyszała znajomy głos.
- Zgodziła się? – W głosie Magdy dało się słyszeć niedowierzanie.
- Jeszcze nie, ale dostała coś, co pomoże jej podjąć decyzję. Bądź gotowa.
- Jestem gotowa od dawna – zapewniła gorliwie.
- Tak przypuszczam. – Dosłyszała w głosie rozmówcy cień sympatii. A może tylko chciała, by tak było? – Reszta informacji w stosownym czasie. Jak zawsze.
- Dziękuję. – Rozłączyła się i spojrzała na siedzącego pod drzewem chłopaka. Z trudem stłumiła uśmiech. – Daj spróbować. – Rzuciła ugodowo, podchodząc. Sięgnęła po resztę niedojedzonej kanapki. Nie mogła się przyznać, że to na osłodę goryczy zawodu.
***
            Profesor Grzegorz Zaława kolejny raz prześledził wzrokiem kilka linijek tekstu załączonego do maila od tajemniczego profesora Kosa. Kiedy otrzymał pierwszą wiadomość, pomyślał, że to jakiś żart. Odpowiedział jednak ostrożnie i sprawdził nadawcę w sieci. Kos istniał naprawdę i posiadał na koncie całkiem pokaźną liczbę publikacji. Co prawda, w ostatnim czasie publikował niewiele, ale tłumaczyło go objęcie stanowiska dyrektora jednego z licznych teksańskich instytutów. Za to lista firm, dla których pracował jego instytut, zrobiła na Załawie duże wrażenie. Imponowała mu szczególnie jedna, kojarząca się z Hajfą. Kos wyglądał na „łepskiego” i dobrze osadzonego w skomplikowanym świecie farmaceutyków. Jeden z największych rynków świata upomniał się o Załawę w odpowiednim momencie. Jego wspaniale rozwijająca się kariera gwałtownie zjechała z głównej drogi i wchodziła w niebezpieczny zakręt. Jeśli chciał się utrzymać na powierzchni, potrzebował spektakularnego sukcesu. Powoli zbliżał się do pięćdziesiątki i nie mógł sobie pozwolić na kolejny błąd. Przeniósł wzrok na zdjęcie syna, przystojnego dwudziestopięciolatka w stroju motocyklisty. Kończył studia inżynierskie i wybierał się na staż na jedną z platform wiertniczych w Zatoce Meksykańskiej. Gdyby nie była żona, Zaława nie miałby pojęcia o jego decyzji. Kontakty ojca z synem trudno było nazwać choćby poprawnymi. Zdawał sobie sprawę, że wydatnie się do tego przyczynił. Rozpad związku rodziców musiał być dla nastolatka traumatyczny. Wystąpienie w sądzie przeciwko ojcu, tym bardziej. Nie rozmawiali o tym, choć Zaława podejmował takie próby w ciągu tych dziesięciu lat, jakie upłynęły od rozwodu. Była żona nie ułatwiała mu zadania.
            Ciche pukanie do drzwi przerwało Załawie rozważania.
- Proszę. – Uniósł głowę, zrzucając szybko obraz otwartej skrzynki mailowej na pasek.
- Dzień dobry. – W drzwiach pojawiła się niewysoka blondynka o pełnych kształtach i ogromnych, podkreślonych długimi rzęsami oczach.
- Spóźniłaś się – warknął na jej widok.
- Byłam na zajęciach. – wydęła usta -  Złościsz się na mnie?
- Tutaj, to ja jestem dla ciebie panem profesorem – powiedział powoli, akcentując każde słowo. – Czy to jasne?
- Tak – przytaknęła natychmiast.
            Zaława uniósł brwi, jakby odpowiedź go nie usatysfakcjonowała.
- Tak, panie profesorze. – Dziewczyna spuściła wzrok.
- Muszę zmienić plany wakacyjne – zaczął, udobruchany odpowiedzią – Pod koniec lipca wyjeżdżam służbowo.
- O! A dokąd? – zaciekawiła się.
- To cię nie powinno interesować – odburknął. – Zabiorę cię gdzieś zaraz po sesji.
- A powiesz mi… przepraszam, a powie mi pan, gdzie pojedziemy? – zaszczebiotała.
- W swoim czasie. – Zaława ufiksował wzrok na rozchylonej koszuli dziewczyny, ukazującej chwilami brzeg koronkowego stanika. – Zapnij się!
- Jesteś zazdrosny? – szepnęła, robiąc słodkie oczy.
- Nie! Nie chcę ściągać na siebie podejrzeń. – W głosie profesora można było dosłyszeć cień irytacji. – Możesz iść, tylko wieczorem się nie spóźnij, bo będę musiał wyciągnąć konsekwencje.
            Dziewczyna zrobiła mały krok ku wyjściu i zatrzymała się niepewnie, jakby na coś czekała. Zaława obserwował ją spod na wpół przymkniętych powiek.
- Zaliczyłaś na czwórkę – rzucił wreszcie.
            Twarz blondyneczki rozjaśnił szeroki uśmiech. Posłała Załawie całusa i szybko opuściła gabinet.
- Mała ździra – mruknął do siebie. Była jego czwartą studentką. Niespecjalnie bystrą, ale wystarczająco, by zrozumieć jego intencje, kiedy zasugerował, że potrzebuje korepetycji. Okazała się chętna i bezpruderyjna. Imponował jej, a to go kręciło, jak mało co. Nie miał jednak złudzeń. Jeszcze jeden semestr i będzie musiał szukać nowej kochanki. Na szczęście podobał się kobietom, także dużo młodszym. Rozsiadł się wygodnie i wrócił do przerwanej korespondencji. Tymczasem powinien zadbać o swoją karierę.

piątek, 9 września 2016

Meteory. W blasku dnia. Epilog.


Zamek Ainay-le-Vieil. Wrzesień 2016
 
Jak co wieczór, Marcus sprawdził, gdzie jest Swen. Tym razem towarzyszyła mu Margaret. Od czasu, do czasu zaglądała do jego snów. Przypominała też łagodnie przywódcy nomadów, że przygarnięte dzieci jego siostry znajdują najlepsze pastwiska i to dzięki nim ich zwierzęta mają się dobrze. Robiła to z własnej inicjatywy, tak dla pewności, że obietnica dana jej synowi zostanie dotrzymana.
Dopiero potem mogli świętować pierwszą rocznicę swojej przysięgi małżeńskiej. Nie chcieli przyjęcia. Zaszyli się w odludnej okolicy, nad jednym z setek islandzkich ciepłych źródeł wulkanicznych. W otoczeniu dzikiej, niczym nieskażonej przyrody zapomnieli kim są i ile mają lat.
Nie musieli się nikogo obawiać.
Margaret otworzyła oczy prawie dokładnie w chwili, gdy uczynił to Marcus.
- I jak? - spytała.
- Znasz odpowiedź – westchnął, przygarniając ją do siebie – Jesteś najbardziej zmysłową kobietą, jaką w życiu widziałem. I pomyśleć, że na początku byłem pewien, że jesteś sztywna, dystyngowana i... chłodna – dodał po namyśle.
- Chłodna? - w oczach Margaret zdziwienie mieszało się z rozbawieniem – Chciałeś powiedzieć, oziębła.
- Nie... - zaprzeczył niezbyt pewnie – No, może trochę?
- Kiedy zmieniłeś zdanie?
- Kiedy spotkałem cię o świcie w parku. Wracałaś z mogił.
- Pamiętam. To było rok po śmierci Nicolasa – przymknęła oczy, jakby chciała przywołać zatarte wspomnienia – Nie powiedziałam do ciebie ani słowa!
- Ale twoje spojrzenie... – przytulił ją mocniej – Nie spodziewałaś się mnie i kiedy podniosłaś wzrok, ujrzałem w nim zaskoczenie i taki żar.
- Zaskoczyłeś mnie – zarumieniła się – Miałam nadzieję, że nie zauważysz – dodała ciszej.
- Żartujesz? Patrzyłaś na mnie jak na mężczyznę, a nie jak na sługę – głos mu się obniżył – I wtedy zakiełkowała we mnie nadzieja.
- Kocham cię – wyszeptała dziwnie miękko i tkliwie – Nie wiedziałam, nie zdawałam sobie sprawy, że już wtedy... Czekałeś prawie rok!
- Ale było warto, żeby teraz móc cię wziąć w ramiona... żono – odszukał jej usta i objął je swoimi, rozkoszując się ich miękkością i ciepłem.
Dopiero po dłuższej chwili uwolnił jej usta i spojrzał w oczy.
- Chciałbym cię o coś spytać – zaczął.
- Tak? - ośmieliła go uśmiechem.
- Masz pełen Dar, więc kiedyś, za wiele, wiele lat będziesz mogła obdarzyć jakieś dziecko... - zawahał się. W oczach Margaret pojawiło się zaciekawienie – Nie oczekuję odpowiedzi natychmiast, ani nie chciałbym cię w żaden sposób obligować, ale... - przełknął głośno ślinę – Czy mogłabyś rozważyć połączenie swego Daru z tą cząstką, którą ja mam w sobie? Skała pozwoliłaby nam przelać połączone Dary w jakieś wybrane przez nas dzieci... Oczywiście, kiedy będziemy już bardzo starzy, kiedy będziemy gotowi... - spuścił wzrok, nie mogąc wytrzymać jej intensywnego spojrzenia – Ten fragment skały u Juana wskazałby nam, czy już jesteśmy gotowi, by przelać Dar w nowe życie... - dodał ciszej.
- Marcus – głos jej się załamał. Nie była w stanie wyrazić, jak bardzo ją poruszył. Wtuliła się w jego pierś – Tak – wyszeptała przez ściśnięte gardło – Zgadzam się – połykała łzy.
Odetchnął z ulgą i otoczył ją ramionami. Drżała ledwie wyczuwalnie, ale wiedział, że to dobre, czyste emocje.
---

Majka przeciągnęła się leniwie. Przesunęła dłońmi po szyi i dekolcie, i objęła piersi. Wciąż jeszcze czuła na sobie dotyk Oskara, jego zapach. Jej szczupłe palce powędrowały w dół, do złączenia ud. Ugięła lekko kolana i rozsunęła je na boki. Obrzmiałe wargi sromowe zamknęły już gorące wnętrze, ale nie były w stanie powstrzymać fali wilgoci. Przyjemne zmęczenie rozlewało się po jej nagim ciele. Przewróciła się na bok i odchyliwszy głowę, przymknęła oczy. Kochali się długo, bez pośpiechu, aż do wyczerpania. Choć nie śnili, prawie poczuła, jak Oskar przelewa w nią energię, jak ją wypełnia... Na samą myśl, namiętność powróciła. Zacisnęła uda. Jej ciemnoczerwone, przypominające wisienki sutki stwardniały. Nakryła je dłońmi, próbując poskromić nieznośne mrowienie. Do jej uszu dotarł odgłos stąpających po parkiecie bosych stóp.
- Śpią, jak aniołki – ciepły ton głosu Oskara połaskotał ją przyjemnie.
- Mówiłam ci, że mamy jeszcze wiele lat spokoju – wymruczała – Póki nie zaczną śnić.
- Uwielbiam ich oglądać – roześmiał się, siadając na brzegu łóżka – Maks rozwalił się na całe łóżeczko, a Rosanna obejmuje poduszkę, zupełnie jak ty mnie.
- Twoja duma, co? - zakpiła, ale jej oczy pełne były blasku i miłości.
- Żaden Obdarowany nie zrobił dwójki za jednym zamachem – pochylił się nad Majką i zajrzał jej w oczy – Dałaś mi takie piękne dzieci.
Przekręciła się na plecy i wyciągnęła w górę ręce. Zanurzyła je we włosach Oskara.
- Wiesz, czasem, kiedy patrzę w te błękitne oczy Maksa, to wydaje mi się, że widzę w nich twojego dziadka – powiedziała cicho.
- To zrozumiałe, przecież ma jego Dar – Oskar położył dłoń na brzuchu Majki – Jesteś taka szczupła. Jak oni się tam zmieścili razem?
- Och, to nie był problem – zachichotała – Ja wciąż nie mogę uwierzyć, że stamtąd wyszli!
- Byłaś wspaniała! - w jego głosie zachwyt mieszał się ze wzruszeniem. Choć minęły prawie dwa lata od chwili, kiedy pierwszy raz ujrzał najpierw syna, a potem córkę, wciąż budziło to w nim silne emocje – Wiem, że bolało, ale potem byłaś taka promienna...
- Nie było tak źle. Już prawie zapomniałam – przyciągnęła jego głowę bliżej.
Nie potrzebował dodatkowej zachęty. Pełne, obrzmiałe od pocałunków usta wabiły go jak pyszny owoc. Objął je i pochłonął łapczywie, wydobywając z nich przeciągły jęk rozkoszy. Badał językiem wnętrze, jakby chciał się upewnić, że dobrze je poznał. Jego członek zareagował, przybierając gwałtownie na objętości. Powoli cofnął język i zaczął skubać zębami najpierw usta, a potem kąt żuchwy Majki.
- W sumie to dobrze – kontynuowała poprzednią myśl, z lekką chrypką w głosie – Bo zdaje się, że właśnie zrobiliśmy kolejne dziecko.
- Naprawdę? - Oskar poderwał głowę. W jego oczach dojrzała najpierw niedowierzanie, a potem radość.
- Tak mi się wydaje – przymknęła oczy – Ale zawsze możesz jeszcze poprawić – dodała niskim, seksownym głosem.
- Z przyjemnością! – nakrył ją swoim ciałem.
- Zastanawiam się, czy Monika już to zrobiła? - szepnęła nagle Majka.
- Jak to? - Oskar nie krył zaskoczenia – Jest chyba za młoda?
- Ma niepełny Dar, a we śnie... - zawiesiła głos – Mama mówiła mi, że ostatnio często bywa w zamku.
- Naprawdę? Nie zauważyłem...
- Bo najwyraźniej nie bywa u nas – roześmiała się.
- Spytaj Grega. W końcu jest szefem ochrony – Oskar pochylił się i zaczął muskać ustami jej szyję.
- Chyba jest ostatnią osobą, która by mi to zdradziła – zachichotała.
- Chcesz powiedzieć, że on...?
- Mhm. Już od dawna się koło niego kręciła, ale widocznie też uważał, że jest za młoda. Tyle, że za dwa tygodnie kończy osiemnaście lat, a więc dla nieobdarowanej części świata będzie pełnoletnia.
- Chcesz, żebym ja z nim pogadał?
- No nie! - chwyciła jego głowę i przyciągnęła do siebie – Zostawmy ich w spokoju. Poza tym, Konstancja jest niewiele od niej starsza, a przecież dałeś jej zgodę na ślub.
- A co miałem zrobić? Skoro była w stanie przekonać Anastazję i Timothy'ego, to nie ma takiej siły, która by ją powstrzymała – westchnął – Swoją drogą, to współczuję temu Juanowi. Żona z Darem siły i strategii.
- Chcącemu nie dzieje się krzywda – roześmiała się i pocałowała go w usta – Kochają się.
- Moja ty swatko – odwzajemnił pocałunek – Został ci jeszcze Jean.
- Swatko? - udała oburzenie – O ile dobrze pamiętam, to Johana i Clair ty wyswatałeś, używając... niech pomyślę, więzienia? - zakpiła.
- Czy pani ze mnie kpi, pani Lowrens? - Oskar chwycił Majkę za nadgarstki i przeniósł jej ręce za głowę – Chyba będę musiał wprowadzić w domu więcej dyscypliny. Rozmawiasz z Mistrzem! - warknął i przygniótł ją ostrożnie do materaca, unieruchamiając swoim ciałem.
- Rozmawiam z moim kochanym mężem, którego uwielbiam i zaraz mu to pokażę – wydyszała i objęła go nogami.
Nie chciał się dłużej droczyć. Jej ciało przyciągało go jak magnes, wabiło miękkością i ciepłem. Kochał tę nieznośną, upartą istotę ponad życie, ponad wszystko! No, może jego miłość do dzieci mogła się z tym równać. W tej jednak chwili myślał tylko o Majce.


 KONIEC

PS
Wszystkim, którzy czytali i komentowali bardzo, bardzo dziękuję!
Jeśli coś nie zostało wyjaśnione, a nadal Was nurtuje, piszcie w komentarzach. Odpowiem na wszystkie pytania. 
Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam, 
Roksana.

poniedziałek, 5 września 2016

Meteory. W blasku dnia. Rozdział 33

Meteory. Grudzień 2014
 
Majka stała w korytarzu prowadzącym do tajemniczej komnaty we wnętrzu góry. Nasłuchiwała oddalających się kroków czterech osób. Greg prowadził w dół Swena. Towarzyszyli im Oskar i Timothy. Kiedy kroki prawie ucichły wychyliła głowę na zewnątrz i uśmiechnąwszy się do obserwujących ją ochroniarzy, sięgnęła po tkwiący w zagłębieniu owalny kamień. Gdy tylko stracił kontakt z podłożem, kamienna płyta posadzki drgnęła i zaczęła sunąć, zmniejszając światło wyjścia. Majka bez słowa cofnęła się w głąb korytarza. Po dłuższej chwili otoczyły ją ciemności, ale gdy tylko kamienne drzwi domknęły się z głuchym odgłosem, poczuła nagły przypływ energii i jej oczy bez trudu przystosowały się do braku oświetlenia. Dar działał bez zarzutu. Właśnie dlatego nie mogli pozostawić Swena sam na sam z Gregiem, który górował nad nim siłą fizyczną, ale Darem nie mógł się równać. No, ale wkrótce miał otrzymać część tego Daru, pomyślała i ruszyła powoli w dół. Już, już miała oderwać się od podłoża, by korzystając ze swych zdolności, pomknąć krętym przejściem, gdy poczuła coś dziwnego. Było to jakby dotknięcie jej umysłu. Dotknięcie? Nawet nie! Muśniecie ledwie.... słabe i delikatne, ale jednak. Zatrzymała się w pół kroku. Spróbowała skupić na tym całą swoją uwagę, ale zniknęło. Westchnęła z rezygnacją i pomknęła w dół.
Komnatę wypełniała spora grupa obdarowanych. Laura i Juan zajęli miejsca tuż przy skale, nieco z tyłu stali Timothy i Maksymilian Lowrens, a pomiędzy nimi Swen, zerkając za pozostałych spode łba. Nieco z boku ustawili się pozostali członkowie Rady. Pod ścianą naprzeciw wejścia stali ci, którzy mieli otrzymać cząstki daru i Helena, trzymając kurczowo za rękę Monikę. Oskar zatrzymał się przy wejściu. Wszyscy czekali tylko na nią.
- Wszystko w porządku? - Oskar spojrzał na Majkę z niepokojem.
- Tak, chyba tak... - odparła trochę niepewnie – W porządku – przywołała na twarz blady uśmiech.
Oskar powoli odwrócił się do zgromadzonych.
- Skoro jesteśmy już wszyscy, czas zaczynać. Heleno, Moniko, podejdźcie – skinął głową Majce, przekazując jej głos.
- Musicie stanąć po przeciwnych stronach „naczynia” – zaczęła drżącym głosem – Czy obie jesteście pewne swoich decyzji?
- Tak – odparły niemal równocześnie.
- Zaraz! - Michael wysunął się nieśmiało przed szereg – Wybacz Mistrzu, ale czy ja dobrze rozumiem? Heleno, oddajesz swój Dar? Jesteś na to gotowa? Ile ty masz lat?
- Michaelu! - Oskar ściągnął brwi. Pod jego surowym spojrzeniem, Michael schował głowę w ramiona, jakby chciał się wydać mniejszy.
- Pozwól mi wyjaśnić – Helena posłała Oskarowi łagodne spojrzenie – Moja druga wnuczka nie ma ani krzty Daru, a bardzo go pragnie. Ja z kolei całe życie się nim cieszę, choć głównie dla własnych korzyści. Mój mąż przyjął moją „inność” z cierpliwością i zrozumieniem, i nie skarżył się przez te wszystkie lata. Teraz chciałabym poświęcić pozostały mi czas jemu. Jest tego wart... - oczy zalśniły jej łzami – Dlatego oddaję mój Dar bez żalu – zakończyła.
- Więc ty nie umrzesz? - w głosie Michaela słychać było zdumienie.
- Moja wnuczka twierdzi, że nie – Helena spojrzała ufnie na Majkę.
Ta pokręciła głową, nie mogąc wydobyć z siebie słowa. Jakaś tkliwość chwyciła ją za gardło. Spojrzała na Monikę. Jej zwykle pogodne oczy lśniły podnieceniem, ale gdzieś na ich dnie dojrzała lęk.
- Monika, nie będzie odwrotu – Majka spoważniała jeszcze bardziej.
- Jestem gotowa – odparła trochę zbyt głośno. Ukradkiem zerknęła w stronę Grega. Miała nadzieję, że nikt tego nie zauważy. On jednak pochwycił jej spojrzenie. Zmarszczył brwi.
Helena uśmiechnęła się do wnuczki, jakby chciała dodać jej otuchy i pierwsza położyła dłonie na skale. Monika poszła w jej ślady.
- Robi się ciepła – wyszeptała ze zdumieniem i spojrzała na starszą siostrę.
- Skupcie się na tym, co chcecie zrobić – Majka odzyskała wreszcie pewność siebie – Zamknijcie oczy, jeśli to wam pomoże. Skała powinna połączyć was czymś w rodzaju mostu...
- Trzyma mnie! - jęknęła Monika.
- Mnie też – głos Heleny brzmiał spokojniej.
Wszyscy wokół, nie wyłączając Swena wstrzymali oddech.
- Babciu Rosanno, błagam, pomóż... - Majka mamrotała do siebie tak cicho, żeby nikt nie mógł jej usłyszeć.
Nagle znów poczuła, to co wcześniej przy drzwiach. Tym razem wyraźniej. Skupiła się na tym. Ktoś przy niej był.
- Babciu? - szepnęła bezgłośnie. Czyżby jej prośba o pomoc została wysłuchana?
- Och! - rozległy się ciche przytłumione okrzyki.
Majka zamrugała szybko. Helena i Monika stały po przeciwnych stronach skały, oglądając swoje dłonie.
- Już? - spoglądały niepewnie to na Majkę, to na Oskara.
- Spróbuj mnie przyciągnąć do siebie, nie ruszając się z miejsca – nakazała Monice Majka i po chwili poczuła niezdarną próbę swojej siostry – Udało się! - wykrzyknęła radośnie – Udało się – powtórzyła już spokojniej, zwracając się do wszystkich – Babciu? - spojrzała z niepokojem na Helenę, która zachwiała się, jakby straciła siłę w nogach.
Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, stojący najbliżej Akos, przyskoczył do niej i podtrzymał ją za ramię.
- Nic mi nie jest – wykrztusiła – Po prostu... to takie dziwne uczucie. Jakby nagle zabrakło mi sił. Tymczasem Monika, nie zważając na innych, okrążyła skałę i podbiegłszy do Heleny, objęła ją w pół.
- Dzięki ci, dzięki, dzięki! - powtarzała ze łzami w oczach – Jesteś najukochańszą, najlepszą babcią na świecie!
Helena gładziła jej jasne włosy, z ciepłym uśmiechem. Majka otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale Oskar ją uprzedził.
- Powinniśmy kontynuować – przypomniał jej łagodnie.
Majka kiwnęła głową.
- Tym razem będzie trudniej – popatrzyła mu głęboko w oczy – Będziesz musiał odebrać Dar i skierować go do wybranych – spojrzała na Manuelę, Grega i piątkę młodych kobiet, stojących pod ścianą. Po chwili dołączyła do nich Monika.
- Dam radę – mruknął cicho, tak, by tylko Majka go usłyszała – Przyprowadźcie go – skinął Timothy'emu i Maksowi.
Swen próbował stawić opór, lecz niewidzialna siła popchnęła go w stronę Oskara.
- Doczekałeś się swojej zemsty! – rzucił mu w twarz z nienawiścią w głosie.
- Mylisz się – głos młodego Mistrza zabrzmiał zadziwiająco spokojnie – Gdybym chciał zemsty, już byś nie żył.
- Chcesz mi odebrać Dar! – Swen zacisnął pieści.
- Tak, ale to nie zemsta. Nie zasługujesz na Dar, a poza tym jesteś zagrożeniem dla Zgromadzenia.
- Nie możesz tego zrobić! - krzyknął Swen - Nie będę żył jak zwykły człowiek!
- Masz na rękach krew obdarowanych i niewinnych ludzi, którzy zginęli w twoim zamachu – ciągnął Oskar, ignorując jego protesty – Dlatego nie będziesz żył jak zwykły człowiek. Miałem cię zesłać na bezludną wyspę, gdzie pozostałbyś do końca życia, ale zmieniłem zdanie...
- Więzienie? - rzucił Swen grobowym głosem.
Majka spojrzała na Oskara ze zdziwieniem. Zmienił zdanie? Swen nawet bez daru mógł być groźny, zwłaszcza w takim środowisku.
- W zamachu zginął mężczyzna, który miał żonę i czworo dzieci. Sprawiłem, że jej brat przygarnął ją pod swój dach, ale potrzebuje siły roboczej. Zostaniesz jego poddanym...
Ciche szmery niedowierzania odbiły się od kamiennych ścian.
- To nomadzi. Żyją na pustyni, pasając stada kóz. Całymi miesiącami nie widzą innych ludzi. Pomożesz im przeżyć.
- Nie zgadzam się! - ryknął Swen.
- Trafisz tam, czy się zgadzasz, czy nie. Od ciebie będzie zależało, czy przeżyjesz – głos Oskara zabrzmiał twardo – Zapewnisz byt dzieciom tego, który przez ciebie zginął. Memu ojcu i Judith już niczego nie potrzeba.
Oskar podszedł do więźnia i ujął jego nadgarstki, po czym ucisnął je tak, że dłonie nieszczęśnika rozprostowały się i trafiły wprost na skałę.
- Nie! - krzyknął Swen, ale umilkł nagle, kiedy Oskar wykonał ręką ruch, jakby go kneblował.
- Połóżcie dłonie po przeciwnej stronie – Majka drżącym głosem zwróciła się do wybranych przez Radę obdarowanych.
- Zaczekajcie! - Michael podszedł do Manueli i ujął jej dłoń – Masz pod sercem mego wnuka. Nie chcę, by to niewinne dziecko dostało choćby odrobinę daru od tej kanalii – posłał Swenowi pełne pogardy spojrzenie – Nie jestem jeszcze gotów rozstać się z życiem, ale wasze dziecko ma Dar, choć niepełny. Dopełnię go, zanim stanie się pełnoletnie. Przysięgam – spojrzał na Akosa.
- Dziadku! - Akos zrobił krok w jego stronę.
- Mistrzu, wybacz... - Michael wbił wzrok w Oskara, który przyglądał mu się z uwagą.
- Jeśli Akos i Manuela się zgodzą... - zawiesił głos.
Manuela położyła dłonie na ledwie zarysowującym się brzuchu i podniosła wzrok na Akosa.
- To twoje dziecko – wyszeptała – Decyduj.
- Nasze – poprawił ją – Nie będę ukrywał, że przyjmuję twoje słowa z radością – położył dłoń na ramieniu Michaela – Niech tak będzie.
- Zgoda – Oskar spojrzał na pozostałą siódemkę – Czy Rada zgadza się, by Greg otrzymał to, co miało dostać dziecko i został w pełni obdarowanym?
- Mistrzu?! - Greg nie potrafił ukryć zdumienia. I tak czuł się wyróżniony tym, że Rada przyznała mu część Daru, jako jednemu mężczyźnie. Pierwszeństwo miały obdarowane trzeciego rzędu, które nie miały szans na przekazanie dzieciom Daru. Teraz miało się to zmienić.
- Zgadzamy się – decyzja zapadła wyjątkowo szybko i zgodnie.
- Dłonie na skałę – polecił Oskar.
Mimo, iż skała była pokaźnych rozmiarów, osiem par dłoni pokryło prawie całą jej powierzchnię, pozostawiając jedynie niewielki kawałek dla Oskara. On nie spiesząc się, stanął pomiędzy Swenem, a stojącą na skraju Moniką i położył dłonie na kamieniu. Nagle poczuł ciepło bijące z jego wnętrza. Skała zadziałała jak magnes, przyciągając do siebie dłonie niewidzialną siłą. Znał to uczucie. Przymknął oczy i spróbował przywołać z pamięci obraz ogromnej ciemnej kropli gęstej cieczy. Wyczuł energię tkwiącą w ciele Swena i skupił się na niej. Prawie widział, jak spływa do kamiennego naczynia, z którego mieli czerpać wybrańcy.
Majka spod półprzymkniętych powiek śledziła twarz Oskara.
- Pomóż mu, pomóż mu babciu – powtarzała, jak mantrę.
Nagle uzmysłowiła sobie, że doznaje znajomego uczucia. Już po raz trzeci, odkąd zamknęła drzwi komnaty. Zastanowiła się nad tym, zapominając na chwilę o skale i zgromadzonych wokół niej ludziach. Czuła czyjąś obecność. Tak naprawdę, towarzyszyła jej ona przez cały ten czas! Po prostu w chwilach, gdy była skupiona na bieżących wydarzeniach, nie zwracała na nią uwagi. Wyciszając się, odczuwała ją mocniej.
- Kim jesteś? - czy ona to powiedziała? Zacisnęła powieki.
- Ach! - dobiegło ją kilka zaskoczonych głosów. Przestraszyła się. Zamrugała szybko, próbując przywrócić oczom ostrość widzenia. Ku jej zdumieniu, zamiast na Oskara i pozostałych, wszyscy patrzyli na nią.
- Co... co się...? - wyjąkała zalękniona.
- Maryann! - Anastazja pierwsza odzyskała głos – Masz w sobie Dar! Dar dziecka!
- Och! - Majka odruchowo spojrzała w dół, na swój płaski brzuch, ale zaraz oprzytomniała – Oskar? - szepnęła i zamarła.
Oskar oderwał dłonie od skały i uniósł je w górę, otwierając jednocześnie oczy o nieobecnym spojrzeniu. Pozostali zrobili to samo. Swen zatoczył się do tyłu, ale Timothy chwycił go za ramię. Członkowie Rady, jak na komendę zwrócili się w ich stronę.
- Mój Dar – jęknął Swen – Nie czuję go!
- Taki los spotka każdego, kto zabije człowieka, nieważne, czy obdarowanego, czy nie. Nie ma dla ciebie miejsca wśród nas – głos Oskara zabrzmiał twardo – A wy, choć otrzymaliście Dar od złego człowieka, korzystajcie z niego dobrze. Będziemy się wam przyglądać.
- Mistrzu, nie wiem, jak ci odpłacę... – niski głos Grega przybrał dziwnie miękkie brzmienie. Olbrzym powoli osunął się na kolana, a w jego oczach odbiło się uwielbienie.
- Nie klękaj przede mną – Oskar wyciągnął do niego dłoń – Jesteś mi równy. Wy także – spojrzał na pozostałych – Nie oczekuję poddaństwa, a jedynie przestrzegania naszych praw. Chciałbym częściej nagradzać, niż karać – stwierdził z powagą - Ale nie wystawiajcie mnie na próbę – dodał już swobodniej.
Monika zachichotała cicho, ale umilkła zganiona wzrokiem przez Helenę.
- Oskar... - Majka zrobiła krok w jego stronę.
Spojrzał na nią i w jego oczach pojawiło się najpierw zdumienie, a potem radość.
- Moja piękna - wyciągnął do niej ręce – Moja kochana!
Kiedy otoczyły ją silne, opiekuńcze ramiona, nie potrafiła powstrzymać emocji. Łzy wypełniły jej oczy i spłynęły po policzkach.
- Czy to wszystko musi się dziać naraz? - łkała ze ściśniętym gardłem.
- My już tak chyba mamy – Oskar gładził jej włosy – Już dobrze. Już po wszystkim. Moja słodka mała dziewczynka – zajrzał w jej pełne łez oczy – Widzisz? Mówiłem, że wiem, co robię – rozciągnął usta w łobuzerskim uśmiechu.
Dopiero po dłuższej chwili, kiedy Majce udało się nieco uspokoić, podeszli do nich inni obdarowani, żeby złożyć gratulacje. Nikt już nie zwracał uwagi na Swena.
- Ale nam zrobiliście niespodziankę – Manuela objęła ją i ucałowała serdecznie.
Z boku podszedł Juan.
- Nie będę ukrywał, że chciałem być na miejscu Oskara – szepnął tak cicho, żeby tylko Majka go usłyszała – Może jednak i mnie Natura da trochę szczęścia? - dodał z zagadkowym uśmiechem.
- Pozwól, że i ja cię uściskam – stary Mistrz wyciągnął przed siebie kościste dłonie – Teraz już jestem spokojny – jego twarz rozjaśnił uśmiech.
Majka spojrzała niepewnie na Oskara, ale ten pokręcił nieznacznie głową. Najwidoczniej nie chciał zakłócać dziadkowi radosnej chwili. Mogli mu przecież powiedzieć później, że dziecko jest dziewczynką z pełnym Darem. Majka ukradkiem spojrzała na Anastazję. Może jej dziecko przyjmie od Maksa Dar?
- Uciszcie się! - Oskar stanął przed zgromadzonymi i podniósł w górę dłoń – Uważam ceremonię za zakończoną. Podzielcie skałę na części. Niech od tej pory pomagają obdarowanym podejmować ważne decyzje. A kiedy nadejdzie odpowiednia chwila, zbierzemy się i znów ją połączymy. Nie nadużywajmy jej mocy.
Jego słowom towarzyszyło aprobujące kiwanie głowami.
- Niech strażnicy chwycą za brzegi – poleciła Majka, po czym stanąwszy pomiędzy nimi, uderzyła trzykrotnie zaciśnięta pięścią w sam środek kamienia. Skała zadrżała i na jej powierzchni pojawiły się promieniste pęknięcia – Zabierzcie wasze skarby do komnat. Niech dobrze nam służą – powiedziała z przejęciem.
Strażnicy ostrożnie rozdzielili skałę. Laura i Timothy zniknęli na chwilę, by korzystając z właściwości komnaty odłożyć kamienne fragmenty na miejsca. Juan chciał pójść w ich ślady, ale powstrzymał go Maksymilian Lowrens.
- Pozwól – ujął skałę w dłonie i przez chwilę ważył ją, jakby chciał sprawdzić, czy da rade ją utrzymać. Juan puścił kamień i stanął niezdecydowany – Marianno – stary Mistrz uśmiechnął się do Majki promiennie i wyciągnął przed siebie skałę, zachęcając ją, by położyła na niej dłonie.
Nie wiedziała, co robić. Odmawiając, sprawiłaby mu przykrość. Zrobiła mały krok w jego stronę. Spojrzała na Michaela. Ta skała tak nie działa, więc nic się nie stanie, pomyślała i zrobiła to, o co Maks ją poprosił. Skała nagle rozgrzała się i chwyciła jej dłonie.
- To niemożliwe – wyszeptała zdumiona i gwałtownie odwróciła głowę do Oskara. Napotkała jego zaskoczone spojrzenie. Wbiła wzrok w Maksa. Stał z błogim, prawie ekstatycznym wyrazem twarzy. Był szczęśliwy – To niemożliwe... - szepnęła znów Majka. Przecież czuła Dar swego ledwie poczętego dziecka! Przecież wyraźnie widziała, jak Dar Oskara łączy się z jej Darem i spływa jedną wspólną kroplą, wypełniając ją nowym życiem. A Rosanna? To miała być jej imienniczka! - Więc ja to sobie wymyśliłam? - jęknęła.
Ta jedna chwila zachwiała całym jej pojmowaniem Daru i wiedzy, jaką posiadła.
- Dziękuję ci – usłyszała cichy szept starego człowieka. W jego głosie była miłość i dobro, i bezgraniczne szczęście.
- To ja ci dziękuję – wykrztusiła, czując, że choć ona właśnie się zagubiła, on odnalazł upragniony spokój.